Skip to content

DriveSavers wyróżnione w The New Yorker

DriveSavers featured on local NPR station, KQED
Illustration by Carolina Moscoso

Gdy cenne pliki zostają utracone, eksperci odzyskiwania danych rozpoczynają swoją nekromancję. Autor: Julian Lucas

Julian Lucas, dziennikarz magazynu The New Yorker, odwiedził laboratorium DriveSavers w Novato w Kalifornii, aby porozmawiać z inżynierami i kierownictwem firmy o zmieniającym się świecie odzyskiwania danych.

W artykule Lucas analizuje, jak nasze urządzenia stały się skarbcami pamięci, tożsamości, kreatywności i dziedzictwa. Poprzez niezwykłe historie odzyskiwania danych — od laptopów uszkodzonych w wyniku powodzi i ataków ransomware po utracone archiwa rodzinne oraz ostatnie wiadomości bliskich — ukazuje głęboko ludzki wymiar odzyskiwania danych i emocjonalny ciężar stojący za każdym przypadkiem.

Efektem jest poruszający artykuł w The New Yorker, który przekształca odzyskiwanie danych w szerszą opowieść o pamięci, stracie, odporności i kruchej naturze naszego cyfrowego życia.

Przeczytaj poniżej cały artykuł z The New Yorker.

Gdy Twoje cyfrowe życie znika

Zepsuty telefon lub uszkodzony nośnik danych może oznaczać utratę pracy, dowodów, dzieł sztuki lub ostatnich śladów po zmarłych. Czasami jednak eksperci odzyskiwania danych potrafią przywołać utracone pliki z pustki.

Mężczyzna był pochylony nad swoim laptopem od tygodnia, gdy odnaleziono jego ciało. Rozkładające się tkanki przeniknęły pod klawisze, powodując zwarcie płyty głównej. Było to zabójstwo zza grobu, zemsta ciała i krwi na krzemie. Jednak śmierć cyfrowa różni się w kluczowy sposób od tej prawdziwej. Czasami, przy odrobinie szczęścia, można ją odwrócić.

Zdarza się to nawet najlepszym — rolnikowi, który przeorał swój smartfon, biologowi z zalanym laboratorium, profesjonalnemu fotografowi, którego pies przegryzł kartę SD tuż po ważnej sesji. Utrata plików jest nieunikniona w naszym bezpapierowym, napędzanym danymi i zapośredniczonym przez urządzenia świecie, mimo jego fantastycznych obietnic chmurowej nieśmiertelności.

Kiedyś uważałem się za osobę przygotowaną. Niewiele umyka mojej archiwistycznej sieci: każdy telefon, jaki kiedykolwiek posiadałem, trzymam w podpisanym pudełku po butach, a zarchiwizowane „dusze” dawno nieużywanych komputerów przechowuję na PC o nazwie thoth, nazwanym na cześć egipskiego boga zapisującego ważenie serc w drodze do zaświatów. A potem, sześć lat temu, odłożyłem iPhone’a na krawędź umywalki w łazience i spadł, roztrzaskując się o kafelki.

Ekran, popękany jak pajęczyna, krwawił kolorami, a klawiatura migała, jakby widmowe palce próbowały odgadnąć mój kod dostępu. Skrzywiłem się na myśl o kosztach, lecz straty niematerialne ujawniały się wolniej. Zdałem sobie sprawę, że telefon przestał synchronizować się z moim iCloud, a gdy zaniosłem go do serwisu, nie byli w stanie go naprawić. Wśród prawdopodobnych strat znalazły się niektóre z ostatnich wiadomości tekstowych i głosowych, które otrzymałem od mojego ojca, zmarłego niedługo wcześniej na niewydolność serca.

To on nauczył mnie przede wszystkim chronić moje pliki. Dorastając, praktycznie mieszkałem w jego domowym studiu nagrań — mostku statku kosmicznego pełnym mikserów i monitorów — gdzie wydzielił dla mnie kącik do eksperymentów z kodem. Muzyk, który grał z Milesem Davisem oraz pisał i produkował dla Madonny, był także kolekcjonerem danych i przez dekadę digitalizował swoją rozległą kolekcję płyt na potrzeby niestandardowego serwera muzycznego, który nazwał soulbro.

Mój ojciec nauczył mnie nagrywać płyty, tworzyć kopie zapasowe plików i rozładowywać elektryczność statyczną przed dotykaniem delikatnych wnętrzności komputera. Miał chirurgicznie wszczepiony defibrylator i lubił nazywać siebie cyborgiem — przechwałką podszytą ironią, ponieważ urządzenie co jakiś czas działało wadliwie, wysyłając wstrząsy, które mogły powalić go na ziemię. Ostatnie tygodnie spędził na oddziale intensywnej terapii, który jawił mi się jako koszmarny sobowtór jego studia, z monitorami zapisującymi rytm jego słabnącego serca.

Uporządkowanie studia zajęło lata. Utworzyłem obrazy dysków z około sześciu komputerów, które następnie zostały zdemontowane. Tej jesieni moja matka znalazła dwa dyski twarde, które przeoczyliśmy i które mogły należeć do mnie lub do niego. Żaden z nich nie został wykryty, gdy podłączyłem je do swojego komputera; jeden wydawał złowrogi zgrzyt. Mimo to nie potrafiłem się z nimi rozstać.

Dla tysięcy ofiar utraty danych ostatnią deską ratunku jest usługa odzyskiwania o nazwie DriveSavers. Znajduje się pół godziny drogi od San Francisco, za mostem Golden Gate, w malowniczym i łagodnym klimatycznie przedmieściu Novato. Niski, kanciasty budynek biurowy wychodzi na zielone mokradła odwiedzane przez wydry i czaple. Odwiedzając to miejsce w styczniu, miałem wrażenie, że dotarłem do raju dysków twardych.

Przywitali mnie Sarah Farrell i Mike Cobb, dwoje dyrektorów firmy. Farrell, blondwłosa kobieta o nauczycielskim usposobieniu i zamiłowaniu do pszczelarstwa, nadzoruje rozwój biznesu, ale wcześniej była inżynierką. „W laboratorium zakładam, że wszystko było już w toalecie” — powiedziała mi. „W czasie covidu nawet nie mogę powiedzieć, co ludzie wylewali na swoje MacBooki”. Cobb, który kieruje działem inżynierii, to serdeczny mężczyzna o żywych niebieskich oczach; kiedyś uratował wieżę komputerową przed kopiącą wiewiórką: „Obsikała zasilacz prosto z góry”. Urocze anegdoty przeplatały się z triumfami i tragediami — okręg szkolny ocalony przed gangiem ransomware, iPad wydobyty z katastrofy lotniczej. „Najgorsze przypadki zbyt mnie przygnębiały” — powiedziała Farrell. „Musiałam mówić sobie: ‘Objawy, nie historia’, inaczej nigdy nie byłabym w stanie wrócić do domu”.

Ich dzieła były wystawione w lobby w Museum of Bizarre Diskasters — ekspozycji krzemowej masakry. „Pamiętam, jak otwierałem ten egzemplarz na tarasie”, powiedział Cobb o starym laptopie Toshiba, który podczas pożaru stopił się i zespolił. „Był jak ostryga”. Jeden skutecznie odzyskany smartfon został zmielony przez odśnieżarkę. Inny przecięła na pół kolej jednoszynowa, niczym asystentkę iluzjonisty. Firma regularnie kupuje zupełnie nowe urządzenia i rozbiera je na części. „To jak hydrauliczne nożyce ratunkowe”, powiedział Cobb. „Jeśli samochód jest kompletnie zniszczony, trzeba wiedzieć, co ciąć, a czego nie.”

DriveSavers otrzymuje około dwudziestu tysięcy zapytań miesięcznie. Firma uratowała dane dla agencji rządowych, międzynarodowych korporacji oraz niejednej gwiazdy, których podpisane portrety zdobiły ściany lobby. Sidney Poitier odzyskał dzięki niej szkic swoich wspomnień; Khloé Kardashian — telefon, który wpadł do basenu. Utrata danych stała się wielkim wyrównywaczem epoki cyfrowej: co innego mogłoby połączyć tak różne postacie jak Willie Nelson, Buzz Aldrin, Gonzo the Muppet i Gerald Ford?

Pamiątki pochodziły z lat osiemdziesiątych. W tamtym czasie dyski twarde przechowywały tak niewiele danych i kosztowały tak dużo, że zazwyczaj były cenniejsze niż pliki, które zawierały; jeden czterdziestomegabajtowy dysk wystawiony w lobby pierwotnie kosztował dwadzieścia tysięcy dolarów. Postęp w gęstości zapisu oraz cyfryzacja wszystkiego — od rozliczeń podatkowych po skład magazynów — zmieniły tę kalkulację. „To było jak dwie przecinające się linie” — powiedział mi później Jay Hagan, współzałożyciel DriveSavers. „Koszt dysków spadał, a wartość danych rosła.”

Co znamienne, firma powstała po upadku producenta dysków twardych Jasmine Technologies, gdzie Hagan poznał swojego współzałożyciela, Scotta Gaidano. W 1989 roku założyli DriveSavers jako serwis naprawczy dla porzuconych klientów swojego byłego pracodawcy i szybko zrozumieli, że bardziej martwią się oni o swoje pliki niż o sprzęt. „Sformułowałem takie twierdzenie” — powiedział mi Steve Burgess, pionier odzyskiwania danych, który sprzedał im swoją firmę. „Wartość danych danej osoby jest odwrotnie proporcjonalna do tego, czy je posiada. Gdy je ma, właściwie nie są nic warte. Ale gdy ich nie ma, są warte majątek — rękę, nogę i własne dzieci.”

Odzyskanie danych z iPhone’a lub dysku twardego może kosztować trzy tysiące dolarów, a z serwera korporacyjnego — nawet sześciocyfrowe kwoty. Choć DriveSavers stosuje wobec większości klientów zasadę „brak danych, brak opłaty”, bardziej zadziorni konkurenci oskarżają firmę o zawyżanie cen i przypisują jej sukces efektownym chwytom marketingowym. (Jeden z rywali kpił z inżynierów DriveSavers, nazywając ich „klaunami w skafandrach kosmicznych”, nawiązując do ochronnych strojów z reklam.) Farrell podkreśla jednak, że opłaty odzwierciedlają staranność i determinację. Pewnego razu spędziła tydzień, odzyskując iPada dla pary z autystycznym dzieckiem, które było tak przywiązane do symulatora farmy, że nie potrafiło się bez niego uspokoić. „Do dziś zapraszają mnie na grille” — powiedziała. Byli też uczestnicy procesów, którzy utracili swoje dowody; naukowcy, wyniki badań; oraz osoby w żałobie, ostatnie słowa swoich bliskich.

Śmierć DriveSavers przepowiadano już wielokrotnie. Chmura miała ich zniszczyć; wcześniej wskazywano na komercyjne usługi tworzenia kopii zapasowych, dyski SSD i szyfrowany sprzęt smartfonów. Mimo to ludzie wciąż znajdują sposoby, by narażać swoje pliki, które stają się coraz liczniejsze i coraz bardziej niezastąpione. Nasza krucha datasfera rozciąga się od kryptowalut po telemedycynę; a wraz z pojawieniem się wirtualnych towarzyszy można nawet stracić miłość swojego życia przez zwykły błąd systemu.

Postęp technologiczny może zwiększać naszą podatność na zagrożenia. Agenci SI stają się znani z przypadkowych usunięć, podczas gdy proliferacja centrów danych gwałtownie podniosła koszty przechowywania danych. A mimo wykładniczego wzrostu pojemności, średnia żywotność dysku twardego wciąż wynosi nieco poniżej siedmiu lat. Biorąc pod uwagę setki zettabajtów danych, które — jak się szacuje — istnieją na świecie, jest to tak, jakby milion Bibliotek Aleksandryjskich było chronionych przed zagładą wyłącznie przez chomiki biegnące w kołowrotkach.

Być może dlatego tak kojące było przebywanie wśród Diskasters, których dane przecież przetrwały. Wysłałem swój telefon wcześniej, a zwiedzanie obudziło ostrożny optymizm co do jego losu. W jednej z gablot znajdował się „ścięty” Mac PowerBook 100, który spędził trzy dni pod wodą; obok, dla podkreślenia efektu, wypchana pirania szczerzyła zęby. Wszystkie te urządzenia uciekły z paszczy zapomnienia. Dlaczego moje miałoby być inne?

PowerBook należał do pary żonglerów, Tony’ego Duncana i Jaki Reis, którzy niemal stracili go podczas rejsu po Amazonce w marcu 1993 roku. Występowali na pokładzie statku Ocean Princess, gdzie po kolacji żonglowali mieczami i pochodniami. Pewnego popołudnia, gdy ćwiczyli podczas wypływania Princess z Belém w północno-wschodniej Brazylii, statek uderzył w zatopiony wrak. Pomogli załodze ewakuować jednostkę i do zmroku byli bezpieczni w hotelu. Zapomnieli jednak zabrać swojego PowerBooka, który zawierał ich kontakty, materiały promocyjne i dokumentację finansową. „Wszystko było na tym komputerze” — powiedziała mi Reis. „Nie mogłam go tam zostawić.”

Reis namówiła członka załogi, by zabrał ją na nieoficjalną wyprawę ratunkową. Po powrocie na Princess, której dolne pokłady znalazły się pod linią wody, brnęła korytarzem z latarką w ustach, starając się nie myśleć o piraniach. Znalazła laptop całkowicie zanurzony i uznała, że nie da się go przywrócić do życia, ale mimo to zabrała go ze sobą. „Jestem fanką Apple”, wyjaśniła. Cztery serwisy naprawcze odmówiły przyjęcia sprawy. Potem Duncan zobaczył reklamę DriveSavers: „Byli w stylu: ‘To raczej mało prawdopodobne, ale co tam?’”

Cudem im się udało i zaczęli wystawiać PowerBooka w akwarium na corocznych targach Macworld. „Powinniśmy byli wynegocjować dywidendy” — powiedział Duncan.

Wiele takich „zmartwychwstań” odbywa się w „clean roomie” DriveSavers — przestrzeni przypominającej salę intensywnej terapii, wyposażonej w wentylatory i filtry HEPA, która skojarzyła mi się z miejscem, gdzie Oompa-Loompy obsługują Wonkavision. Przed wejściem przeszedłem po lepkiej macie, która odrywała kurz z podeszw, a następnie założyłem maskę, rękawice i biały kombinezon. W pomieszczeniu stało około osiemdziesięciu komputerów, które dzięki kontrolowanemu środowisku mogły bezpiecznie pracować „na golasa”, z odsłoniętymi płytami głównymi zamontowanymi na ścianach. Na monitorach w kolumnach przewijały się cyfry, gdy naprawione dyski twarde (HDD) były obrazowane; inne czekały w czerwonych i niebieskich pojemnikach. Inżynier Phil Reynolds zaprowadził mnie do stołu, na którym leżał otwarty dysk o pojemności czterech terabajtów. „Ma pan pewny chwyt?” — zapytał.

Miał rozmiar mniej więcej kieszonkowej powieści, a w środku mieściły się gładkie, lśniące talerze. Dyski twarde (HDD) przechowują dane na szybko wirujących „talerzach”, zwykle wykonanych ze szkła lub aluminium. W ich strukturze znajdują się mikroskopijne ziarna stopu magnetycznego, których polaryzację zmieniają „głowice odczytu i zapisu” unoszące się zaledwie kilka nanometrów nad powierzchnią. Z roku na rok ziarna stają się mniejsze, a metody ich „pobudzania” coraz bardziej zaawansowane; w marcu Seagate, jeden z czołowych producentów dysków twardych, ogłosił model o pojemności czterdziestu czterech terabajtów — największy w historii — kamień milowy możliwy dzięki technologii zwanej zapisem magnetycznym wspomaganym ciepłem, która wykorzystuje laser do podgrzewania każdego ziarna przez nanosekundę.

Reynolds skierował latarkę na talerze, które odbijały nasze zamaskowane twarze. Jeden dysk może mieć dwa, pięć, a nawet dziesięć talerzy wirujących równolegle, a zestaw głowic przemieszcza się między nimi. Ze względu na prędkość obrotową pojedyncze ziarenko kurzu może wystarczyć, by zetrzeć warstwę magnetyczną i zniszczyć znajdujące się pod nią dane. Innym zagrożeniem jest korozja, zwykle spowodowana zanurzeniem w cieczy: talerze dysku twardego Reis i Duncana zostały oczyszczone roztworem dejonizowanym, a następnie przeniesione do dysku zastępczego. „Może się wydarzyć wiele katastrofalnych rzeczy” — powiedział Reynolds.

Moja nauka zaczęła się od prostego demontażu, typowego ćwiczenia dla nowych pracowników. Po krótkiej demonstracji Reynolds podał mi szczypce i maleńki śrubokręt; zmagałem się z usunięciem jednego z magnesów aktuatora, który trzymał się swojego odpowiednika tak mocno, że bałem się roztrzaskać go o talerze. Równie podstępna była płytka drukowana, czyli PCB, która precyzyjnie koordynuje mechanikę dysku. Każda jest przypisana do konkretnego modelu, wyjaśnił Reynolds: „Bez tego układu nigdy więcej nie uruchomisz tego dysku”.

Pozyskanie części to połowa sukcesu. Poza clean roomem rozmawiałem z Pamelą Rainger, która zarządza magazynem DriveSavers. „To nasze ciała dawców” — powiedziała, wykonując szeroki gest ręką. „Wszystkie zostały przetestowane i są gotowe oddać swoje życie.” Za nią ponad trzydzieści tysięcy dysków spoczywało w antystatycznych torbach na metalowych regałach. Nie zawsze wystarczy po prostu kupić zamiennik; ze względu na złożony łańcuch dostaw i nieustanne tempo innowacji dysk-dawca powinien idealnie pochodzić z tej samej fabryki, a nawet z tego samego tygodnia produkcji, co dysk biorca. DriveSavers zatrudnia osobistego kupca w Shenzhen do wyszukiwania trudno dostępnych modeli. W przypadku przestarzałego sprzętu korzystają z eBay i wyspecjalizowanych dostawców; kiedyś Rainger musiała znaleźć odpowiednik dla czterdziestoletniego dysku z fabryki haftu, który sterował ramieniem robota. Najtrudniejszą kategorią mogą być gadżety, takie jak jednorazowy aparat SpongeBob, którym pewna rodzina dokumentowała wakacje. „W rzeczywistości istnieje kilka jednorazowych aparatów SpongeBob” — powiedziała. „Musiałam znaleźć dokładnie ten sam.”

Inteligentne urządzenia dodają kolejną warstwę złożoności. Na niższym piętrze, pod clean roomem, odwiedziłem dział Flash Physical, gdzie kilku inżynierów pochylało się nad lutownicami, mikroskopami i różnymi narzędziami diagnostycznymi. Przywitał mnie Matt Burger, szef działu — sympatyczny, krępy młody mężczyzna w okularach i z burzą brązowych włosów — który właśnie prześwietlał pamięć USB aparatem rentgenowskim. „Ktoś miał ją w laptopie i upuścił na bok”, wyjaśnił. Na monitorze widać było lekko wygięty prostokąt pokryty kropkami i liniami, co nie wyglądało dla mnie zbyt groźnie. Czekałem na diagnozę, mając nadzieję, że może mieć ona związek z moimi własnymi uszkodzonymi urządzeniami. Wtedy dostrzegł delikatne pęknięcie w maleńkim obszarze nośnika, gdzie znajdował się układ pamięci. „Tu nie będzie odzysku”, powiedział.

Pamięć flash jest wykorzystywana w pendrive’ach, smartfonach, nowszych laptopach i dyskach SSD. Technologia ta wykorzystuje zjawisko zwane „tunelowaniem kwantowym”, aby uwięzić elektrony w tranzystorach z bramką pływającą, niczym dżiny uwięzione przez króla Salomona. Ponieważ nie mają ruchomych części, układy flash są zazwyczaj uważane za bardziej stabilne niż dyski twarde (HDD). Jednak ich konstrukcja może utrudniać odzyskiwanie danych. Wiele urządzeń integruje pamięć flash z główną płytą logiczną i kryptograficznie łączy ją z innymi komponentami w celach bezpieczeństwa – praktyka spopularyzowana przez Apple. Ich uratowanie może wymagać przeszczepienia nie jednego, lecz kilku układów. Jak wyjaśnił Burger: „Wszystko musi działać jako jedna spójna całość. Bez żadnych sztuczek.” Laptop zmarłego mężczyzny, który dotarł wciąż przesiąknięty płynami ustrojowymi, wymagał od inżynierów usunięcia i wyczyszczenia niemal każdego układu na płycie głównej, zanim można go było „wskrzesić”, podobnie jak egipscy balsamiści zachowywali żołądek, wątrobę, płuca i inne organy, aby zmarły mógł funkcjonować w zaświatach.

Tajemna sztuka, która to wszystko umożliwia, nazywa się „mikrolutowaniem” — w istocie jest to lutowanie pod mikroskopem. Burger posadził mnie do krótkiego szkolenia przy pustym stanowisku, gdzie uszkodzona płyta iPhone’a była przygotowana dla moich niedoświadczonych rąk. Był to element w kształcie litery L, wielkości mojego kciuka i palca wskazującego; w jednym z rogów znajdował się układ nie większy niż ziarnko pieprzu, lekko pęknięty. „Widzisz, jak jest tu uszkodzony?” — zapytał Burger, gdy regulowałem mikroskop. „Możesz dostrzec właściwe szkło pod wierzchnią powłoką.” Dał mi pęsetę i rękawice odporne na wysoką temperaturę; choć moje ręce wydawały się stabilne, pod mikroskopem drżały jak szalone. Byłem jak gigantyczny student medycyny z drżeniem rąk, gotów operować Ktosia z książki Dr. Seussa.

Burger powierzył mi zadanie wymiany układu. Najpierw za pomocą strzykawki nałożyłem topnik, przeciwutleniacz pomagający lutowi się przyczepić. Następnie podgrzewałem układ opalarką na gorące powietrze, aż maleńka siatka metalowych kulek łączących go z płytą główną się stopiła. „Wsuń tam pęsetę” — zachęcał Burger; w końcu odszedł. Wlutowanie nowego układu okazało się trudniejsze. Początkowo miałem problem z nałożeniem nowych kulek lutowniczych na jego spód przy użyciu szablonu — „On go złamie”, ostrzegła Farrell — ale zdołałem dokończyć procedurę, choć przy okazji przypadkowo zlutowałem kilka rezystorów. „Czy na tym etapie jestem już zwolniony?” — zapytałem. „Każdy ćwiczy”, odparł dyplomatycznie Burger. „Może nawet wciąż udałoby się odzyskać dane.”

Ostatni etap odzyskiwania odbywa się w dziale Logical — labiryncie wież komputerowych, gdzie inżynierowie analizują odzyskane obrazy dysków. Jeden z nich, Will DeLisi, wyglądał na zaskoczonego, gdy odwrócił się od ekranu pełnego cyfr: „Powiedzieli ‘idealna kopia’, ale to zwykły bełkot.” Gdy pliki zostały usunięte, uszkodzone lub nadpisane, jego zadaniem jest ich rekonstrukcja; tego dnia szukał zdjęć, które tajemniczo zniknęły. „Ten plik kończy się w połowie sektora” — powiedział, dodając, że winne jest prawdopodobnie tanie oprogramowanie układowe pendrive’a. „Kontrolery po prostu zwymiotowały na system plików.”

Pliki mogą znikać na wiele sposobów, z których tylko niektóre są nieodwracalne. W wielu systemach ich usunięcie oznacza jedynie wykreślenie ich adresów z rejestru, co zwalnia miejsce do nadpisania. (To jeden z powodów, dla których F.B.I. mogło odzyskać usunięte e-maile z prywatnego serwera Hillary Clinton.) Podobnie uszkodzenie lub fizyczna awaria mogą zniszczyć nagłówek pliku, zawierający jego identyfikujące metadane, pozostawiając inne części nienaruszone. Innymi słowy, ślady plików są wszędzie, jak duchy w rozległym bardo, które czasem można przywrócić do życia.

Logiczne odzyskiwanie danych jest najbardziej przyjazną formą dla majsterkowiczów. YouTuber o pseudonimie Babylonian, który podejmuje się rozwiązywania „błahych zagadek” z niezwykłą determinacją, zdobył niemal siedem milionów wyświetleń dzięki filmowi, w którym „ratuje” ukochanego Pokémona fana, tragicznie uszkodzonego podczas próby oszustwa w zapisie gry na Game Boyu piętnaście lat wcześniej. (Fan, dziś już dorosły, wzrusza się, gdy Pokémon — Blastoise — zostaje wreszcie odzyskany.) Jednak w większej skali staje się to oszałamiająco skomplikowane. Dotyczy to zwłaszcza ransomware, formy cyfrowego wymuszenia polegającej na szyfrowaniu plików i grożeniu ich zniszczeniem lub ujawnieniem.

Odzyskiwanie danych po atakach ransomware to najszybciej rozwijający się obszar działalności DriveSavers. W dniu mojej wizyty inżynierowie ścigali się z czasem, próbując odszyfrować sześćdziesiąt dysków twardych (HDD) należących do organizacji non profit z sektora ochrony zdrowia. Czas był kluczowy, ale napastnicy również działali pod presją czasu. Sprawcy ataków ransomware zazwyczaj mają ograniczony czas, zanim zostaną wykryci. Powolność szyfrowania zmusza ich do selekcji. Mogą na przykład stosować algorytmy rozproszone, które szyfrują co n-ty megabajt, lub usuwać kopie zapasowe bez ich „wyzerowania”, czyli bez nadpisania plików zerami. To wszystko daje specjalistom ds. odzyskiwania szansę. Mogą pisać kod dostosowany do konkretnego przypadku, aby odtworzyć pliki z częściowo zniszczonych kopii zapasowych, a nawet wnioskować brakujące dane na podstawie wzorców szyfrowania. W idealnym scenariuszu dane można odzyskać bez płacenia okupu, który w przypadku dużych organizacji może sięgać milionów.

Zjawisko to gwałtownie nasiliło się w ostatnich latach, przy czym szczególnie zagrożone są małe firmy i samorządy. (W lipcu ubiegłego roku St. Paul w stanie Minnesota padło ofiarą ataku, który wymagał rozmieszczenia zespołu ds. cyberbezpieczeństwa Gwardii Narodowej.) Model franczyzowy umożliwia przedsiębiorczym hakerom licencjonowanie złośliwego oprogramowania od przestępczych syndykatów. „Dosłownie każdy może zapisać się jako afiliant za pośrednictwem dark webu” — wyjaśnił Andy Maus, który nadzoruje odzyskiwanie danych po ransomware w DriveSavers. Sztuczna inteligencja pogorszyła sytuację, dodał: „Można wziąć stosunkowo niedoświadczonego specjalistę IT i nagle jest w stanie przeprowadzić zaawansowany atak”. W 2023 roku firma pracowała przy mniej niż pięćdziesięciu przypadkach odzyskiwania po ransomware; w ubiegłym roku liczba ta wyniosła prawie trzysta.

Czasami nawet ofiary, które zapłaciły okup, potrzebują odzyskiwania danych, gdy „zakupione” narzędzia deszyfrujące nie działają prawidłowo. Ich napastnicy, chcąc zachować wiarygodność, niekiedy nawet dołączają do poszukiwań rozwiązania: „Słyszałam, że mają doskonałą obsługę klienta” — powiedziała Farrell. To jeden z wielu powodów, dla których dyrektor generalny DriveSavers, Alex Hagan — który w 2023 roku przejął firmę po swoim ojcu Jayu — uważa, że branża ta nigdzie się nie wybiera. „Technologia będzie się nadal rozwijać, ale dopóki zaangażowani są ludzie, zawsze będzie miejsce na błąd” — powiedział mi. „Ludzie nadal będą coś psuć.”

Im więcej powierzamy komputerom, tym bardziej stają się one zwierciadłem naszej podatności na zagrożenia. Każdego miesiąca DriveSavers odbiera telefony od osób stojących w obliczu utraty wspomnień, źródeł utrzymania, firm czy portfeli kryptowalutowych. Przez dwie dekady najbardziej zdesperowane przypadki trafiały do Kelly Chessen, pierwszej w firmie „doradczyni ds. kryzysu danych”, która wcześniej pracowała na infolinii zapobiegania samobójstwom. „Zanim ludzie trafiali do nas, zazwyczaj przeszli już przez kilka poziomów wsparcia informatycznego”, wspominała. „Zawsze było w tym coś z: ‘Jesteście moją ostatnią szansą!’” Uspokajała informatyków łkających nad źle obsłużonymi serwerami firmowymi oraz przedsiębiorców krzyczących pośród zgliszcz spalonych sklepów; jedna kobieta zadzwoniła, bo jej szef postrzelił swój komputer — na szczęście nie trafił w dysk twardy. Gdy odzyskanie danych się nie powiodło, Chessen pomagała rozmówcom przepracować emocje — i często przyjmowała ich ciężar na siebie: „Nie zliczę, ile razy usłyszałam: ‘Przecież odzyskali e-maile Hillary!’” Ponieważ nie było limitu czasu rozmowy, przejście od obsługi klienta do terapii bywało niemal niezauważalne. „Mówiłam im: ‘To proces żałoby’, a w słuchawce słychać było: ‘Aha…’”, opowiadała. „To nie jest coś, czego spodziewają się usłyszeć od firmy technologicznej.”

Rzadko utrata danych jest powodem tak głębokiej żałoby jak po katastrofach. National Transportation Safety Board bada wypadki na terenie całych Stanów Zjednoczonych. Każdego roku jego wydział rejestratorów pojazdów przetwarza ponad pięćset dowodów pochodzących z rozbitych pociągów, samochodów, statków i samolotów — nie tylko czarne skrzynki, lecz także urządzenia osobiste. W 2013 roku zdjęcia i nagranie startu znalezione w telefonach zmarłych pasażerów pomogły ustalić, że mały samolot w Soldotna na Alasce rozbił się z powodu niewłaściwie wyważonego bagażu. Dwa lata później wydobyto rejestrator danych podróży z wraku S.S. El Faro, statku towarowego, który wpłynął w huragan i zatonął wraz z całą załogą. „To czasem ostatnie zapisy, ostatnie słowa, ostatnie chwile czyjegoś życia” — powiedział mi Ben Hsu, kierujący wydziałem. „Ale nasza praca ma charakter techniczny. Chodzi o ustalenie, co się wydarzyło, i zapobieżenie temu w przyszłości.” Czasami dane odzyskane z urządzeń osobistych są przekazywane bliskim ofiar, dając im możliwość zamknięcia tego rozdziału — szczególnie ważną w sytuacji braku szczątków fizycznych.

W zeszłym roku Jeff Wong właśnie wrócił z Hawajów, gdzie rozsypał prochy swojego ojca, gdy nad górami w pobliżu jego domu w Altadenie pojawiła się łuna. On i jego rodzina ewakuowali się — a następnego ranka dowiedzieli się, że ich dom został strawiony przez pożar Eaton. Ognioodporna kasa pancerna w jego biurze wydawała się jednak nienaruszona; kilka tygodni później wynajął specjalistów, aby ją otworzyli. Niemal wszystko w środku zamieniło się w pył, w tym kilkanaście nośników pamięci z zeskanowanymi rodzinnymi zdjęciami. Dwie mniejsze, przenośne kasetki znajdujące się w środku przetrwały, choć zawarte w nich dyski częściowo się stopiły. „Można było zobaczyć podzespoły z wtopionym plastikiem”, powiedział mi. „Ale wciąż miały kształt dysków, więc miałem pewną nadzieję.” Po pięciu miesiącach DriveSavers odzyskało zawartość dwóch z nich, a na niektórych zdjęciach wciąż widoczne były ślady uszkodzeń. Brakowało jednak większości fotografii z podróży jego ojca przez Pacyfik po emigracji z Chin w latach czterdziestych: „Muszą być zapisane na innym dysku.”

Niezależnie od tego, czy odzyskają swoje pliki, ludzie zwykle wychodzą z doświadczenia utraty danych przynajmniej nieco odmienieni. Kevin Bewersdorf opuścił Nowy Jork i przeniósł się w 2016 roku w rejon Catskills. Jako filmowiec i artysta wizualny pragnął bardziej ugruntowanego życia, które odnalazł w wiejskiej miejscowości New Kingston. Rozpoczął nową karierę jako pełnoetatowy wykonawca i złota rączka — prace, których cierpliwa, bliska natura zrodziła w nim głęboką miłość do tego miejsca i jego mieszkańców. „Każdego dnia na budowie wydarza się coś małego i pięknego — sposób, w jaki pada światło, albo ktoś, kto wpada z wizytą” — powiedział. Przyjął zwyczaj codziennego filmowania takich chwil i zapisywania ich na zewnętrznym nośniku pamięci. Z biegiem lat zdał sobie sprawę, że zaczyna kształtować się film.

W listopadzie 2023 roku Bewersdorf przenosił materiał filmowy, siedząc w swoim niebieskim fotelu, gdy nagle naszła go inspiracja. Sięgnął po leżący obok notatnik, lecz jego ramię zahaczyło o kabel łączący MacBooka z nośnikiem danych, który spadł na podłogę. Po ponownym podłączeniu komputer w ogóle nie rozpoznał urządzenia. Starał się zachować spokój.

„Jestem dumny z tego, że nie przywiązuję przesadnej wagi do rzeczy” — powiedział mi Bewersdorf. „ ‘Och, mój film, miałem zrobić taki świetny film’ — kogo to obchodzi? Na świecie dzieje się tyle rzeczy.” Po wypróbowaniu kilku domowych sposobów znalezionych w Google i na Reddicie postanowił ruszyć dalej. Jednak smutek nie dawał mu spokoju, zwłaszcza po śmierci starszego sąsiada, którego często filmował. Przyjaciel polecił mu DriveSavers i po długim wahaniu nad kosztami wysłał nośnik. Pliki wróciły przed Bożym Narodzeniem, a zeszłego lata „New Kingston” miał swoją premierę na Rockaway Film Festival.

„Czułem większą czcią wobec tego, co robiłem, a to jest część wartości śmierci” — powiedział mi Bewersdorf. „To zabawne, te ‘pliki’ — czym one właściwie są? Elektronami drgającymi w jakimś pojemniku. Ale jeśli mogą umrzeć, jeśli możemy je stracić tak jak możemy stracić informacje, które tworzą człowieka, to znaczy, że żyją.” To prawda, która odzwierciedla się nawet w języku, jakiego używamy, opisując cyfrowe przechowywanie danych, kontynuował: „Mówimy, że ‘zapisujesz’ plik, jakby szedł do nieba — idea zbawienia jest w to wpleciona. Nie wiem, czym byłoby cyfrowe piekło. Mówię tylko, że cyfrowe niebo to miejsce, gdzie znajdują się wszystkie pliki.”

A jednak zbawienie nigdy nie jest gwarantowane. Latem 1995 roku Peter Sacks, wówczas profesor literatury angielskiej na Uniwersytecie Johns Hopkinsa, był bliski ukończenia książki, nad którą pracował przez siedem lat. Zawsze pisał pierwsze wersje odręcznie, lecz niedawno zaczął korzystać z cyfrowej redakcji, przepisując swój manuskrypt na edytorze tekstu Kaypro podczas pobytu u przyjaciela na Martha’s Vineyard. Gdy nadszedł czas powrotu do Baltimore, nie wiedział, co zrobić z pudełkami pełnymi rękopisów. Zbyt uprzejmy, by zostawić je gospodarzowi, zawiózł je na wysypisko, a następnie udał się na lotnisko Logan.

„Czułem pewne odciążenie” — powiedział mi w swoim studiu. „Ale nie zdawałem sobie sprawy z kruchości nośnika, któremu zaufałem.” Książka była zapisana na dwóch dyskietkach, które położył na tacy podczas kontroli bezpieczeństwa; po przylocie do Baltimore włożył je do Kaypro i odkrył, że nie da się ich już odczytać. Być może istniała jeszcze szansa na odzyskanie danych, gdyby nie błąd techniczny. „Była opcja ponownego formatowania” — wyjaśnił. „Skasowałem wszystko.”

Sacks poprosił przyjaciela o przeszukanie wysypiska i wykonał serię telefonów do działu IT uniwersytetu. Jednak śmieci zostały już przerzucone, a specjaliści stwierdzili, że nic nie da się zrobić. Utrata książki wydała mu się dziwnie zapowiedziana przez jej własny temat: narodziny modernizmu w sztuce i literaturze na tle mechanizacji oraz rozpad dziewiętnastowiecznych wyobrażeń o poetyckim „ja”. Teraz to podmiotowość samego Sacksa została rozbita. „To było jak spadanie bez prawdziwego uderzenia o dno” — wspominał. „W pewnym sensie wciąż tam nie dotarłem.”

Popadł w depresję i w dużej mierze przestał pisać; choć nadal tworzył poezję i okazjonalne eseje, nigdy więcej nie opublikował prozy w formie książkowej. Podczas rezydencji w Marfie w Teksasie wszedł w okres „niemego bezsłowia”, robiąc zdjęcia krajobrazów i pokrywając je liniami białego korektora. „Przepracowywałem żałobę po czymś, co zniknęło” — powiedział. „Ale to wymazywanie otwierało też nową przestrzeń, której wcześniej nie było, i stało się polem, w które wkroczyłem.”

Sacks jest dziś wysoko cenionym artystą. Ściany jego pracowni pokrywały żywe, gęsto kolażowane obrazy. Tryptyk zatytułowany „Paradiso” przedstawiał białą przestrzeń przeciętą wstęgami koloru, tak nawarstwioną pigmentem, tkaninami, fragmentami wierszy i znalezionymi przedmiotami, że niemal przypominała powierzchnię porośniętą skorupiakami. „Próbuję stworzyć coś ‘cyfrowego’ w sensie palców”, powiedział, zapraszając mnie do dotknięcia pracy. „Materiały to rzeczy, które wyglądają na zużyte, podarte, spalone i mają swoją trwałość.” Obrazy te zaczęły się częściowo jako medytacja nad wymazywaniem — swoista riposta wobec cyfrowego reżimu, który porzucił dotykowy wymiar pisania.

Gdyby wciąż miał skasowane dyskietki, prawdopodobnie włączyłby je do jakiegoś dzieła jako memento mori — powiedział mi. Zapytałem, czy w ogóle chciałby, aby książkę odzyskano, gdyby było to możliwe. „Przywrócić Eurydykę naprawdę do życia?” — odpowiedział. „Zdecydowanie tak. Pogodziłem się z tym, ale nie aż tak bardzo.”

Zanim opuściłem DriveSavers, mój iPhone został przyniesiony w małym czerwonym pojemniku, niczym pacjent na noszach albo ciało w szufladzie kostnicy. Uznano go za nienadającego się do odzyskania. Inżynierom udało się go ożywić, lecz nie przyjmował podanego przeze mnie kodu dostępu, choć byłem pewien, że pamiętam go poprawnie. Mimo to odmówiłem skorzystania z firmowej niszczarki półprzewodnikowej, która zamienia urządzenie w coś w rodzaju krzemowego konfetti; dla mnie jej tryby przypominały krokodyle szczęki egipskiej bogini Ammit, pożerającej serca potępionych.

Kilka tygodni później DriveSavers zadzwoniło w sprawie tych dwóch dysków twardych, które znalazłem i również im wysłałem. Jeden uległ fatalnemu head crashowi, ale drugi miał jedynie uszkodzoną płytkę sterującą i wkrótce znów dał się uruchomić. Firma przesłała mi pendrive z danymi, który podłączyłem z nerwowym oczekiwaniem — czy znajdę tam jakieś niedokończone dzieło mojego ojca? Być może odkryję operę jazzową, którą chciał napisać o Fredericku Bruce’ie Thomasie, czarnoskórym emigrancie z wiejskiego Mississippi, który otworzył legendarny klub nocny w carskiej Moskwie.

Niestety, odzyskany dysk twardy należał do mnie. Znalazłem na nim archiwa komunikatorów z czasów liceum — na przemian żenujące i rozczulające — oraz różne projekty programistyczne, w tym moją przeglądarkową wersję starożytnej egipskiej gry planszowej Senet. (Niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają.) Jednak z opowiadań i wpisów do dziennika, które pamiętałem, pozostały jedynie drwiące przebłyski; jak w psikusie spłatanym przez ducha mojej młodości, nie potrafiłem odgadnąć hasła do zablokowanego pliku zapisanego jako „Thoughts.doc”.

Czy wszystko inne było na tamtym drugim dysku? A może po prostu wyobraziłem sobie wszystkie te cenne wirtualne talizmany — jego i moje? Kaskada rozczarowań sprawiła, że zacząłem wątpić we własne wspomnienia, jakby mój mózg był jedynie kiepskim tłoczeniem utraconego cyfrowego oryginału. Przywołało to również wspomnienie mojego pierwszego doświadczenia utraty danych.

Miałem czternaście lat, gdy mój komputer uległ awarii po nieudanej aktualizacji. Gry, które programowałem, zniknęły, podobnie jak scenerie zaprojektowane przeze mnie do Microsoft Flight Simulator. Byłem niepocieszony. Mój ojciec, już w piżamie, narzucił niebieski szlafrok i pospieszył do studia, by działać. Rozebrał komputer, który sam zbudował, podczas gdy ja stałem obok.

Operacja odzyskiwania przeciągnęła się do wczesnych godzin porannych. Przełożył dysk do innego komputera, aby przeanalizować uszkodzenia. Ostatecznie stwierdził, że pliki zostały nadpisane przez Windows Vista — system operacyjny tak pełen błędów, że zyskał przezwisko „Visaster”. Przekazał mi tę wiadomość z smutnym uśmiechem i cytatem ze „Króla Lwa”, wypowiedzianym przez Skazę: „Życie nie jest sprawiedliwe”.

Opowiedział mi historię o swoim ojcu, który odszedł, gdy był jeszcze młody. Byli mniej więcej w separacji, ale od czasu do czasu spotykali się, udając, że jest inaczej. Pewnego razu mój dziadek oznajmił, że znalazł rolkę filmu z jedynymi zachowanymi nagraniami z dzieciństwa mojego ojca. Zaprosił go na wspólne oglądanie, być może z nadzieją, że dzięki nostalgii uda się naprawić relację, która nigdy nie była w pełni cała. Jednak taśma tak bardzo się zestarzała, że rozpadła się w projektorze — wraz z ich iluzorycznym pojednaniem.

W tamtym czasie byłem przerażony. Jako dziecko wczesnych lat dziewięćdziesiątych, którego pierwsze, drugie i trzecie „wszystko” zostało skrupulatnie uwiecznione kamerą, ledwo potrafiłem wyobrazić sobie taki stos płonących początków ani dostrzec, że sama opowieść jest pamiątką o nieskończenie większej wartości niż nagrania, których dotyczyła. Teraz wiedziałem już inaczej. Miło byłoby mieć wiadomości głosowe, dzienniki i niedokończoną muzykę. Lecz niektóre zapisy mówią najwięcej wtedy, gdy zostają wyzerowane.

Opublikowano w drukowanym wydaniu z 27 kwietnia 2026 r. pod tytułem „Resurrection Hardware”.

Relacja KQED będąca kontynuacją artykułu z The New Yorker

KQED zaprezentowało niedawno ekspertów DriveSavers w podcaście będącym kontynuacją artykułu „The New Yorker” poświęconego odzyskiwaniu danych. Specjaliści DriveSavers podzielili się historiami z laboratorium pamięci flash, wyjaśniając, jak inżynierowie odzyskują dane z fizycznie uszkodzonych urządzeń oraz przeprowadzają skomplikowane przeszczepy chipów w iPhone’ach.

W dyskusji poruszono również emocjonalny wymiar utraty danych, porównując ją do żałoby oraz oferując praktyczne wskazówki, jak sobie z nią radzić. W trakcie programu słuchacze z Bay Area dzielili się osobistymi historiami utraconych danych, nieoczekiwanych odzyskań oraz cennych wspomnień zapisanych na swoich urządzeniach.

Starszy menedżer ds. marketingu w firmie DriveSavers
Piszesz o DriveSavers, odzyskiwaniu danych lub innym temacie związanym z technologią?
Skontaktuj się z nami.

Back To Top
Search